Znak zapytania w tytule notki wraża wątpliwość dotyczącą zagadnienia wyobrażenia sobie samorządności bez politycznego partyjnictwa.
Ustawa samorządowa z 1990 r. w obrębie administracji publicznej odbiera szereg ważnych kompetencji administracji centralnej i powierza je gminom. Wszystkie te kompetencje dotyczą istotnych spraw funkcjonowania życia lokalnych społeczności, co szczegółowo określa art. 7 w/w ustawy.
Kompetencje te dotyczą także wyboru władz gminnych i ustanawianie polityki rozwoju lokalnego, co stanowi największe zainteresowanie wszystkich partii.
Szczególnie wyraźnie jest to widoczne w większych miastach, w których partie polityczne przenoszą obyczaj parlamentarny do rad tworząc kluby partyjne radnych, pokazowo, populistycznie zwalczających się nawzajem i z jeszcze większą zaciętością atakujące burmistrza/prezydenta z innej opcji politycznej.
Od dłuższego czasu dzieje się tak w Poznaniu, gdzie prezydent Ryszard Grobelny wygrał wybory wbrew planom różnych partii, które poczuły się tym upokorzone i za wszelką ceną usiłują dowieść, że to zły prezydent i trzeba go skompromitować. Tym powodowane są procesy sądowe w sprawie Kupca Poznańskiego (uniewinnienie) i Kulczyk Parku ( w trakcie), które wbrew rzeczywistości przedstawia się jako szkodliwe dla miasta.
Poznańska prasa z lubością co rusz donosi o zarzutach radnych z SLD wobec prezydenta (np. niehumanitarne eksmisje meneli dewastujących komunalne mieszkania i nie płacących czynszu, likwidowanie zbędnych szkół /niż demograficzny/, Pasaż Kultury na Starym Rynku, itp.).
Zaś obrażona PO chce prezydenta „zesłać” do Brukseli w charakterze europarlamentarzysty.
Takich przykładów jak Poznań jest w Polsce dużo więcej, gdzie fora rad samorządów terytorialnych partyjni politycy traktują jako polityczną scenę ich partyjnej działalności.
To nadzwyczajne zainteresowanie polityków samorządami terytorialnymi wyjaśnia komunikat prasowy o zamiarze ograniczenia lukratywnych posad samorządowych – nazywanych szumnie „doradcami politycznymi”, które podlegają partyjnemu rozdawnictwu. Gazeta Wyborcza (13 luty) tak to ujmuje: „Wizja tysięcy doradców politycznych w samorządach wzburzyły […] opinię publiczną na tyle, że politycy ogłosili kapitulację. – Popełniliśmy błąd, wkrótce go naprawimy – zapowiedział ówczesny szef klubu PO Zbigniew Chlebowski w 2009 r.).
Zjawiska te są – moim zdaniem – powodem hamowania poczucia obywatelskości mieszkańców miast i wsi, którzy zbałamuceni partyjnym populizmem oczekują na spełnienie przesadnych obietnic wyborczych dot. rozwoju ich miejscowości, bez krytycznej oceny możliwości ich spełnienia.
Plany rozwojowe gmin powinni tworzyć obywatele (bez partyjnych suflerów) dobrze rozeznani w możliwościach finansowych na realizację tych planów, bez polityczno – partyjnych frazesów, żywcem zapożyczanych z partyjnej biblioteki.
W obecnej rzeczywistości niezbędna jest społeczna kampania informacyjna demaskująca partyjne metody wyborczego PR (piar) na rzecz rzeczywistości realnie oceniającej możliwości finansowe i szanse spełnienia potrzeb lokalnych społeczności, za które ustawowo ponoszą odpowiedzialność samorządy terytorialne.
Jak samorządy, to samorządy, a nie przedłużenie politycznej rywalizacji, dla której szczebel centralny powinien być wystarczającą areną politycznych zmagań!
Politycy pokażcie w parlamencie co umiecie, a samorządy terytorialne zostawcie mieszkańcom, niech się samorządzą!



:)